Kenworth — obiekt marzeń każdego moto-chłopczyka
Kanada — mój nowy dom · Rozdział I

Zapoznanie z Kanadą

Mississauga, Ontario · Lato 1986

Kanada — mój nowy domRozdział II

Mississauga, Ontario. Samolot osiadł na ziemi tak łagodnie, że nie dało się wyczuć momentu, kiedy to nastąpiło. Po trzynastu godzinach lotu z Aten — z przesiadką w Amsterdamie — jestem w Kanadzie. W Ontario. Na Lester B. Pearson International Airport.

Delegacja powitalna nie była imponująca.

Jechaliśmy jakimś highwayem — nie wiedziałem czy 400, czy może 401, a być może 427? Tu dróg szybkiego ruchu jest tak wiele, że można się pogubić. Wówczas nie wiedziałem nawet gdzie jestem. Z czasem udało mi się opanować numerację i położenie w terenie. Kwestia czasu, jak ze wszystkim.

Tak sobie jechaliśmy, a głowizna chodziła mi na wszystkie strony. Po lewej stoi jakiś ekstra wyglądający budynek, po prawej niewiadomego pochodzenia budowla. Z tyłu, z boku i przodu — setki aut, które w Polsce można było obejrzeć jedynie w zagranicznych katalogach.

I nagle — ciągnie niesamowity truck. Właśnie taki, jaki jest obiektem marzeń każdego moto-chłopczyka: z długim przodem-kabiną, potężnymi rurami wydechowymi po bokach, długą naczepą z genialnym malowidłem z boku.

Kenworth — obiekt marzeń każdego moto-chłopczyka. Długi przód, rury po bokach, malowidło na naczepie.
Kenworth — obiekt marzeń każdego moto-chłopczyka. Długi przód, rury po bokach, malowidło na naczepie.

Brakuje mi oczu. Dwoje się i troję, żeby móc ogarnąć całą tę inność i odmienność.

Dojechaliśmy na miejsce, stół zastawiony odświętnie. To, co nastąpiło potem, było całym zlepkiem zmian — czasu, otoczenia, jedzenia, picia i prawie wszystkiego w mym dotychczasowym życiu. Po przeleceniu pod prysznicem — za stół. Dalszy ciąg zdarzeń to tylko przebłyski w ówczesnej świadomości.

Człowiek bez nazwiska

Otworzyłem oczy, stwierdzając że leżę na trawie niedaleko chodnika parkowej alejki — na wznak, ze ścierpniętą ręką podłożoną pod głowę, jakbym się opalał.

Mój widok musiał być doprawdy komiczny, gdyż wokół mnie zgromadzili się spacerujący ludzie. Dzieciaki śmiejąc się wskazywały na mnie palcami, coś komentując w jakimś mi trochę znajomym narzeczu. Nie byli wrogo nastawieni. Stali w bezpiecznej odległości, kilka kroków ode mnie, nieco onieśmieleni — jakby nie chcieli mi przeszkadzać. Wyglądali jak grupa, która kibicuje komuś w jakimś karkołomnym przedsięwzięciu: facetowi chodzącemu po linie, albo człowiekowi wspinającemu się po słupie po trofeum zatknięte na szczycie.

Ocknąłem się i usiadłem. Chciałem się rozejrzeć, ale zasłaniali mi cały widok. Paru z nich mówiło do mnie coś konkretnego, żywo gestykulując. Usiłowałem zrozumieć o co chodzi.

Nagle stwierdziłem, że nie jestem w stanie zrozumieć — jedynie pojedyncze słowa rozumiałem. Dotarło do mnie, że mówią w nieznanym mi języku. Ogarnęło mnie przerażenie.

Zerwałem się na równe nogi i zacząłem uciekać na oślep. Podnieśli wrzask, ale zdążyłem się przez nich przebić. Przebiegłem kilkadziesiąt metrów, skręcając w pierwszą alejkę w lewo, potem w pierwszą w prawo — gdzie na szczęście było jeszcze więcej ludzi, dzięki czemu mogłem zgubić ewentualny pościg.

Parkowa alejka w Mississaudze — tu, na ławce pod drzewem, odzyskałem oddech i straciłem imię.
Parkowa alejka w Mississaudze — tu, na ławce pod drzewem, odzyskałem oddech i straciłem imię.

Minęło parę minut zanim ochłonąłem. Zacząłem dostrzegać przechodniów. Po przeciwnej stronie niedalekiej ulicy — sklepy, samochody, budynki. Docierał do mnie zgiełk uliczny i kwilenie latających mew. Dopiero wówczas, na spokojnie, stwierdziłem że rzeczywiście stało się ze mną coś niewytłumaczalnego. Nie rozpoznawałem okolicy, w której się znalazłem, ani mowy mijanych ludzi. Usiłowałem się uspokoić, ale natychmiast przypomniało mi się coś stokroć bardziej przerażającego — to, że nie wiem jak się nazywam, kim jestem i jak się tu znalazłem.

Sięgnąłem do kieszeni z nadzieją znalezienia czegoś, co uzmysłowi mi kim jestem. Niestety. Wszystkie kieszenie puste, jeśli nie liczyć złożonej, brudnej chusteczki do nosa w tylnej kieszeni spodni. Mimo całej grozy sytuacji parsknąłem bezsilnym śmiechem — patrząc na zielony, zasmarkany kawałek materiału. Wyrzuciłem go natychmiast do kosza na śmieci. Nawet ta chusteczka wydała mi się bardziej cudza niż własna.

W tej samej chwili przyjrzałem się swojemu ubraniu. Nowe odkrycie. Zupełnie nie pamiętam, żebym kiedykolwiek nosił drelichowe spodnie z czarnymi lampasami. To jakaś maskarada, jakiś żart — pomyślałem, że na pewno zaraz się obudzę. Zamknąłem oczy i ugryzłem się w język. Poczułem w ustach krew i zawyłem z bólu. Otworzyłem oczy. Przede mną obce miasto, obcy ludzie — i ja sam obcy dla samego siebie, nie mniej niż wszystko wokół.

Twarz w kałuży

Nie miałem na sobie żadnej kurtki ani marynarki — tylko koszulę z kołnierzykiem, białą, z podwiniętymi rękawami. Jedyne co mnie odróżniało od otoczenia to te idiotyczne lampasy.

Ludzie nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi. Można powiedzieć, że doraźnie się uspokoiłem — na tyle, że mogłem się zdobyć na równy, normalny krok i opanowany wyraz twarzy.

Właśnie — moja twarz. Gdy tylko o tym pomyślałem, ogarnął mnie lęk. Nie wiedziałem jak wyglądam. Bałem się co zobaczę, gdy nadarzy się okazja. Zacząłem się rozglądać za czymkolwiek, w czym mógłbym ujrzeć swoje odbicie.

Po drugiej stronie ulicy ulokowana była mała fontanna. Widząc błyszczącą w słońcu kałużę, przeszedłem na drugą stronę i zbliżyłem się do rozlanej przez podmuchy wiatru wody. Przygotowany byłem na najgorsze. Spojrzałem — zobaczyłem swoją twarz. Twarz faceta z zarostem na gębie i mocno podkrążonymi oczami, ale wydał mi się znajomy.

Siedziałem w kucki nad kałużą, aż jakieś dziecko przebiegło z krzykiem, rozchlapując wodę. Otworzyłem ochlapane oczy, ocierając dłonią twarz — i usłyszałem nad sobą łagodny kobiecy głos. Odwróciłem się w jej stronę, porażony słońcem zmrużyłem oczy, ale ona już pobiegła za dzieckiem. Najwyraźniej tylko przepraszała.

Powlokłem się w kierunku ławki nieopodal fontanny. W głowie pustka. Zupełna pustka i potworne łupanie — bo nie mógłbym tego łupania nazwać np. migreną, jakie miewa angielska królowa. Żadnego punktu odniesienia. Nic co mogłoby mnie naprowadzić na jakikolwiek ślad.

Musiałem się zgubić? Może ktoś mnie napadł i ogłuszył? Nie mam przecież dokumentów ani portmonetki, którą zawsze noszę w kieszeni. Ale — przecież nie pamiętam, czy w ogóle ją miałem?

Robi się coraz później — czuję to, chociaż słońce nadal wysoko i nadal gorąco. Może powinienem odpocząć. Ale boję się zasnąć. Nie wiem co zastanę, gdy się obudzę. Ostatecznie, na tej ławce z dala od ludzi nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo. Ludzie przechodzą i nie zwracają na mnie uwagi.

"Gdzieś ty do cholery przepadł?!" — obudził mnie tubalny głos Jurka.
"Szukamy cię kur... od czterech godzin!" — zasapał.
"Widzę, że kwitnąco nie wyglądasz. Chodź na piwo!"

Nigdy nie spijałem się aż do takiego poziomu. Wówczas, zapewne, alkohol zrobił mi w mózgu dziurę — że nie wiedziałem kim jestem. Od tego czasu nigdy już więcej nie stosuję takich terapii wstrząsowych.

Spis treściRozdział II
Original text
Rate this translation
Your feedback will be used to help improve Google Translate