W roku 1957 zacząłem edukację w Technikum Samochodowym w Elblągu przy ul. Żeglarskiej. Mieszkałem u ciotki. Mama, korespondując z ciotkami ze strony ojca, pojechała do Skwierzyny w odwiedziny — i od zaraz znalazła pracę w tamtejszym szpitalu oraz pokoik dla nas obojga. Po wakacjach przeniosłem się do Skwierzyny i zmieniłem "uczelnię" na Technikum Samochodowe dla pracujących przy ul. Dzierżyńskiego 352 w Poznaniu. "Studiowałem" od siedemnastej do dwudziestej pierwszej, trzy soboty w miesiącu — czwartą i piątą klasę pięcioletniego technikum o specjalności: Eksploatacja i naprawa samochodów.
Przywracano tam do życia 3,5-tonowe ciężarówki "Dodge" z demobilu — podstawę transportu ówczesnego PZGS-u i GS-ów. Obfite ilości części leżały w magazynach warsztatu po "Krasnej Armii".
Dodge 3,5-tonowy z demobilu — podstawa transportu GS-ów w tamtych czasach.
Zakładową "Doczką 3/4" jeździliśmy na śliwki węgierki — przeważnie robaczywe. Mój Guru mawiał: "Robak zjada śliwkę i sra śliwką, więc śliwka nie traci wartości." Jeździliśmy też na ryby. To właśnie na tych autach po remoncie — podczas próbnych testów na drodze — nauczył mnie mój majster Stefan Żułkiewicz prowadzenia samochodu. Tam naprawdę poznałem ustrojstwo pod nazwą "Samochód".
Zakładowa 'Doczka 3/4' — na niej uczyłem się jeździć i poznałem smak śliwek węgierek.
Jedynym specjalistą w Lubuskim od wylewu panewek był pan Hieronim Żarczyński — pochodzący z okolic Równego, jak i większość fachmanów w firmie, którzy z rodzinami znaleźli nowe miejsce do życia na ziemiach "wyzyskanych".
Silnikownie ogrzewał, od późnej jesieni do wczesnej wiosny, ogromny baniak-krematorium. Zanim doszedłem do perfekcji w jego odpalaniu, kilka razy ta metoda opaliła mi brwi z rzęsami. Majster pocieszał mnie, że do wesela odrosną.
Była łaźnia, ale nie było ciepłej wody. Moje ręce były — żal patrzeć. Nie jestem wielkim pedantem, ale chowałem je głęboko w kieszenie gdy spotkałem znajomą dziewczynę.
W roku 1962 stałem się absolwentem uczelni. Ojciec kolegi — pan Grzesiuk, sąsiad — zwerbował mnie na swoje miejsce w GS-ie (odchodził na emeryturę). Zostałem kierownikiem transportu. Miałem pod pieczą trzech kierowców i traktorzystę. Spedycję kolejową, skład węgla i złomu, mały magazyn rozdzielczy z delikatesowymi towarami dla PSP w okolicznych wioskach.
Po pierwszej wypłacie jaką naliczyłem kierowcom — wychodząc z biura, w otwartych wrotach garażu stojący kierowca ciężarówki "Lublin", pan Zaręba, zawołał mnie. Podchodząc, przypomniałem sobie dziadkowe powiedzenie: "Synu, cokolwiek zrobisz, będziesz żałował." Domyślałem się, o co im biega.
Zapoznałem się z nimi dokładniej w garażu — z "musztardówką" w ręku, "Zwyczajną" a-30 zł/kg i "katolikami" (śledzie) na blacie warsztatu. Nie chciałem uchodzić za mięczaka, więc spełniałem toasty rzetelnie. Efekt tego... narzygałem w łóżko. Ale ten "chrzest bojowy" przydał się w przyszłości.
Kak zhit', dyadya? Kombinuj, synu, jak tylko się da...
"Kierownikowałem" kilka miesięcy i... nadszedł czas by spełnić "Zaszczytny obowiązek". Październik 1963 roku — upomniała się o mnie armia. Po komisji w RKU w Gorzowie Wlkp. wcielili mnie do RWNCz (Ruchome Warsztaty Naprawy Czołgów) w Szczecinie-Głębokim.
"Unitarny" polegał przeważnie na marszobiegach, wynoszeniu peta na kocu 30 kilometrów na poligon, sprzątaniu kibli i froterowaniu korytarza. Po trzech miesiącach — jako mechanik regulujący czołgu (nr specjalności 44) i kierowca z drugą kategorią prawa jazdy — zostałem postawiony do dyspozycji zastępcy dowódcy 12 Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej im. Otokara Jarosza. Zostałem jego osobistym kierowcą — jak stangret hrabiego za sanacji.
Jako ciekawostka — dowódcą dywizji był Jaruzelski.
Mój "stary" okazał się przyzwoitym człowiekiem. Nie miałem z nim żadnych "pierepałek" — ani on ze mną. Moja służba polegała na wożeniu szefa z jego domu na Pogodnie do dywizji, po inspekcjach i na dziwki — a także rodzina "starego" korzystała z mych usług. Żona i dwie córy studiowały na szczecińskiej AM.
Mój boss nie był za tęgim opojem, ale też i nie gardził. Lubiłem go za specyficzne poczucie humoru. Wabił mnie "Robaszku" — zresztą, do wszystkich niższych rangą zwracał się podobnie. Słusznej postury był — ważył na oko ponad 120 kg — więc potrzebował "paliwa". Mnie traktował jak lubianego psiaka. Rodzinę jak udzielny książę.
Mała dygresja na temat politruka. Kapitan miał chroniczny katar — bo podczas kazań wyjmował chusteczkę, odwracał się, brał pełne płuca powietrza i smarkał. Po czym odwracał się do widowni i ostentacyjnie oglądał zawartość chusteczki, następnie równie ceremonialnie ją składał z wyrazem niechęci. Nie rozumieliśmy do końca tego rytuału. Podejrzewano, że kiedyś wysmarkał coś cennego i miał nadzieję na "replay". Skłaniałem się ku teorii, że chciał nam pokazać, iż jednak smarka w chusteczkę, a nie w rękaw czy na podłogę.
Normalny mój dzień w jednostce zaczynał się o godzinie 7 rano. Nie obowiązywała mnie pobudka ani żadne wojskowe głupoty. Po porannych "oblucjach" siadałem w wymytą i zatankowaną Warszawiankę — chłopaki dbali o to, bo zawsze pod siedzeniem była flacha "zielska" — i gnałem pod willę starego na Pogodno.
JW 3498 — leżę pierwszy z lewej.
Ładował się stary, dziewczyny z tyłu i wiozłem bosa do dywizji, dziewczyny na uczelnię — albo odwrotnie. Stary mówił co mam dalej robić. Przeważnie jechałem po "mamuśkę" i wiozłem ją do "psiapsiółek" na ploty. A ja w miasto — trzeba z czegoś żyć. Bawiłem się w taryfiarza. Raz WSW zabrało mi kwity. Przynieśli staremu w zębach.
Byłem wyprowiantowany w swej jednostce. Wszyscy kucharze we wszystkich jednostkach dywizji znali mnie i darzyli "uczuciem" — oczywiście, nie za darmo. "Łzy Sołtysa" miały swoją wymowę. Nie jeździłem głodny, zawsze "cuś" na czarną godzinę się znalazło. Nie raz i stary korzystał z mej spiżarki, gdy byliśmy dalej od zaplecza, a zgłodniał.
Patrzyło bractwo z jednostki na mnie z zazdrością. Nikt do mnie nie skakał — woziłem przecież "bat" na ich dupę. Nie pyszniłem się tym faktem. Żyłem z kolegami po przyjacielsku, bo przecież każdy z nas był tu z przymusu.
W 14-tym miesiącu służby przytrafił mi się głupi wypadek. Na hali gimnastycznej, przy wygłupach, skręciłem nogę w kolanie. Dwa miesiące w wojskowym szpitalu na Piotra Skargi. Straciłem łękotki, ale poznałem milutką dziewczynę — była na praktyce ze szkoły pielęgniarskiej na Orła Białego.
Po rekonwalescencji komisja lekarska uznała, że wystarczy tych "zaszczytów". Dali kategorię D i zwolnili do cywila. Robota mamuśki — była nawet raz u mnie z wizytą. Miła kobita, tak mi "matkowała" troszeczkę.