Mercedes-Benz W123 — Mery
Rozdział VII · Polska

Mery

Mercedes-Benz W123 — kawał historii mojego życia

Siedziałem wczoraj w garażu — teraz też siedzę, bo pada śnieg. Przestanie o czternastej, ponoć — bo prognozy sprawdzają się podobnie do specyfików na porost włosów. Ćkła, kapała, ciurkała mi Aqua Vitae...

Wodą życia na zdrowie! Popatruję, między jednym liźnięciem palca umoczonego w „Papudze" a drugim, na poukładane kartony z barachłem, w jakie człowiek tu obrósł. Żal wyrzucić, ale po cholerę trzymać, kiedy zawadza. Wezmę zrobię remanent — myślę — smakując moc cieczy cieknącej z rurki.

Zanim to wyrzucę na scrap — kuknę, czy czasami metryki urodzenia nie wyćpię. Kopałem, kopałem w kartonach, aż znalazłem Mery — Mercedes-Benz W123. Wspaniała była do jazdy, jak i pakowna. Rzegotka — moja żonka — całą rodzinną historię, udokumentowaną kwitami i fotkami, prowadzi od lat jak księgowy wieczysty. To auto to kawał historii naszego — bardziej, mojego — życia.

Szrot w Brunszwiku

Po dwu latach pracy w firmie istniała możliwość zakupu auta za granicą — raczej złomu, bo przecież na coś dobrego nie było stać, nawet dyrektora bazy w Słubicach. Starym Oplem jeździł — reflektor mu przywiozłem ze złomu, bo potrzaskał.

W Brunszwiku, koło starej stacji kolejowej, był szrot. Tam wymacałem to autko. Karoserię miał tak przegnitą, że jak kufer otworzyłem, to ziemię było widać — ale trzymało się to wszystko kupy. Za to miał silnik prawie nówkę: zaledwie 17 tysięcy kilometrów przepracował. Tak zapewniał szef szrotu — chodziło to auto w dyrekcji huty w Peine jako służbowe. Widać było, że silnik sprawny: odpalał na widok kluczyka.

Kupiłem to cudo za 1600 maruchów i litr Żyta z karbowanym dnem — kto bawił się tym szkłem z Baltony, ten wie, o co biega. Szef dał mi bańkę i „księgowego" — szlauch — żebym podoił z benzyny inne graty. Nadoiłem pod korek.

Przez granicę

Pracownik szrotu załadował skorupę na lorę i na granicę do Helmstedt, a my z „Mietyszkiem" — wspólnikiem w biznesie — za nim. Tam zwalił to cacko, powiedział Glück i pojechał na zad.

Na odprawie kwitów przewozowych i karnetu TIR pytam celnika, jak mogę przeprowadzić ten mój nabytek do Polski.

— Masz kwit kupna?

— Mam.

— To jedź, przejedziesz.

Tak i było. Przejechałem.

Ciężej było ze „Szkiedrami" — Grenztruppen der DDR. Musiałem wykupić tymczasowe blachy na przejazd przez „ranczo" za 20 zachodnich marek. Po odprawie zjechałem na parking i czekam na Miecia. Podjechał i mówi: Zatrzymaj się po drodze, dasz się przejechać. Oki, mówię. Stanę za Berliner Ring. Przetestuję dokładnie rupcia, byś się nie skaleczył niechcąco. Na lewy pas — bo prawy jak kra na zamarzniętej Wiśle — i w pedał.

Mimo że złom podążał zupełnie jak rasowy rumak, a nie jak Dacia — miałem to cygańskie dziecię, na licencji Francuzów zrobione z brukwi. Co 7–8 tysięcy kilometrów kapitalny remont. Rwały się tłoki, krzywiły głowice — przez 110 tysięcy kilometrów, jakie na niej natłukłem, chyba osiem razy remont. Dopiero jak przykupiłem na francuskim złomie silnik Renówki 12, zaczęło wozidełko uchodzić za jako taki pojazd. Sprzedałem koleżce taksiarzowi. Gdy byłem z wizytą w Ojczyźnie, powiedział mi, że Dacia zrobiła prawie 300 tysięcy kilometrów bez poważniejszego remontu.

Fiat 190NC z przyczepą — TIR
Fiat 190NC z przyczepą — „Fabryka hałasu"

Stanąłem za Ringiem i czekam na Miecia. Gdy ruszyłem za nim — „Fabryką hałasu" — zniknął mi z oczu w jednym momencie.

— Dobrze! Jak ma się tatałajstwo rozlecieć, to niech tu się rozleci.

Blachy zabrali mi Niemcy na Świecku. Z naszymi było lżej na odprawie — policzyli za złom użytkowy. Wyszło coś 1500 złociszy. Celnik mi mówił, że puściłby mnie za pół litra, ale musi ten towar wpisać w jakieś księgi, wydając mi kwit celny, na podstawie którego będę mógł zarejestrować ten złom. Kombinowaliśmy jak to obejść — tak, że pół litra przeciekło przez ten czas — ale nijak się nie dało tego przeskoczyć.

Przyjechałem pod hotel, rozliczyłem się z służbowej podróży. Podjechałem na CPN koło kościoła w Słubicach, żeby zatankować — pompiarz w krzyk, że jestem Niemcem, a tablice zdjąłem dlatego, żeby mu markami nie płacić, i jeszcze mi straszy, że zadzwoni na milicję. Widzę, że głupi albo pijany. Plunąłem i jadę z duszą na ramieniu, czy dojadę do Krosna — bo wskaźnik paliwa nie działał. Dużo rzeczy nie działało, ale jechało i — jak na razie — w kupie. Dojechałem do Krosna, na rynku zatankowałem full-ap i rura.

Jak w autobusie

Przyjechałem pod blok, fanty w garście i w domowe progi.

— Cho — mówię do Rzegotki — ździebko cię powożę. Zobaczysz, ocenisz i...?

Wsiadła, a ja z kopyta. Na lubińskiej obwodnicy pytam: no i jak?

— Jak w autobusie.

— Tyle miejsca — pytam?

— Nie. Hałasu.

— Będzie oki, jak go zrobią fachury.

Był to pierwszy Merc w Lubinie. Rozpytywałem kolegów, czy znają jakiegoś dobrego blacharza. Zyga — poznaniak w apaszce pod szyją — naraił mi warsztat w Przeźmierowie, zapewniając, że kilku taksiarzy jeżdżących Mercami po Poznaniu tam się kuruje.

Pojechałem. Znalazłem blacharza, a po drugiej stronie uliczki — lakiernika. Po organoleptycznej diagnozie z obydwoma specami uzgodniliśmy cenę usługi. Za dwa tygodnie mam przyjechać odebrać.

Rzeczywiście. Wyleczyli, połatali i malunek jak się patrzy rzucili na Mery. Gdy ją zobaczyłem — stała, błyszczała czerwienią jak „a noble virgin".

Jadąc do domu z uchylonym szyberdachem — wiedziałem, że mi służy to autko. I służyć będzie wspaniale.

Przygody z Mery

Rzeczywiście służyła mi Mery tak jak przewidywałem. Mało że szprytna, zwinna i szybka — to jeszcze pakowna. Zmieściła się w niej nawet maszyna do lodów koleżki, jaką mu zawiozłem do Jeleniej Góry. Czekał na mnie dwa dni, aż wrócę zza miedzy. Ciężko było, ale jakoś upchaliśmy tę szafę, wyciągając tylne siedzenia i podłokietniki tylnych drzwi. Jadąc przez Lubin — jeszcze syn się zmieścił.

Mery zawiozła też resor przedni dla Volva, bo połamał go w „Dodatku Do Rancza" jakiś nasz szofer pośpieszny. Zawiozłem resor do serwisu Volva w Brunszwiku.

Zdarzenie techniczne

Techniczne zdarzenie miałem z tym autkiem tylko raz. Gnałem do Słubic jak do ognia w deszczową niedzielę. Za Cybinką, a przed Świeckiem — widzę: idą dwie kobietki z koszami grzybów.

— Zatrzymałem się. Wsiadajcie, podwiozę.

— O, jaki pan uczynny. Bóg panu da szczęście.

Ujechałem z nimi może kilometr i — jebudubu-bum! Hamulec do dechy, stoję. Idę do tyłu, bo myślałem, że mi całą dupę urwało — nie-e. Śruba, którą przykręcony był dyfer do nadwozia, urwała się i spadł na asfalt.

— Pomyślałem: „nie wzywaj pana Boga nadaremno".

Za moment jechał inny kierowca do roboty — zabrał kobietki i powiedział któremuś z mechaników na Bazie, co mi się porobiło i co ma zabrać ze sobą: śrubę M22×80mm z sprężynową i płaską. Przyjechało dwóch mechaniorów ze śrubą i dwoma lewarkami. 20 minut i jedziemy do celu.

For siur żyletek po Mery już nie ma.

Cytryna — Citroën CX 2200

Mieszkałem wówczas w Trzciance — jak przyjeżdżałem z pracy, a nie schowałem cytryny w garażu, to całe pielgrzymki dzieciaków przyłaziły oglądać. Te bardziej technicznie zaangażowane właziły nawet pod auto. Urwanie du...szy z bachorami było.

Wziąłem raz karton gum do żucia „Balonówy" (Buble Gum) z obrazkami i rozdałem — prosząc, by nie przychodzili. Tak ich przekupiłem. Gdy z Rzegotką jechaliśmy na zakupy, zostawiając auto na parkingu — było to samo.

Citroën CX 2200 — wówczas (79 r.) był jedyny w Polsce. Były dwa inne — starsze DS w Poznaniu i Łodzi. To autko płynęło. Miało trzy zakresy do ustawienia wysokości od jezdni: najwyższy pozwalał jechać przez kartofle w poprzek redlin i bez jednego tylnego koła.

Próbowałem — obiechałem z synem trzcianecki rynek. Chłopaki z postoju taxi trąbili i wrzeszczeli, że koło zgubiłem. Stanąłem kawałek od nich i krzyczę, że kupię drugie jak będzie kasa.

Któregoś razu podniosłem maskę w garażu, by sprawdzić ile pająków się pod nią namnożyło — bo dawno tam nie zaglądałem. Nic nie przeciekało, silnik mruczał równiutko... ale łapy swędziały i coś tam podregulowywałem — kładąc klucz na otwór w listwie, w który wchodzi hak zabezpieczający przed otwarciem maski gdyby zamek puścił podczas jazdy.

Spuściłem maskę — odskoczyła (hak trafiając na klucz się zagiął i zamek nie zaskoczył). Zabrałem klucz i obiema rękoma docisnąłem — kliknęło, znaczy się zamknięte.

Jedziemy do Poznania. Dobrze, że stało się to w mieście i nie jechałem zbyt szybko. Przejeżdżając przez tory — zamek puścił, klapuch się otworzył, wyrwał listwę łamaną która podtrzymuje maskę i dopasował się do szyby (która stała się pajęczyną — popękała), a łamana listwa zagięła tylne prawe drzwi. Hamując, zatrzymałem się na poboczu — na pachołku, na którym zagiął się zderzak, zmiażdżył lampkę pozycyjnych i kierunkowskazu i poszedł prawy reflektor...

Wrzask żony i córki uświadomił mi, że coś się stało — bo myślami byłem gdzieś daleko.

Syn wyskoczył pierwszy, obleciał wokół i stwierdził krótko: „Ale się narobiło".

Z synem maskę z powrotem usadowiliśmy na swoim miejscu — dzięki temu, że wszedł na nią i skacząc po niej, jakoś się dopasowała. Za pomocą linki holowniczej zabezpieczyłem, by za bardzo nie odstawała. Wracamy w pielesza. Miny pogrzebowe. Cóż, wypadki chodzą po ludziach.

Dwa miesiące łaziłem po szrotach Francji, Belgii i Niemiec, by znaleźć maskę, szybę, zderzak i resztę tego co zamieniłem w złom. Udało mi się — poza reflektorem, który kupiłem we francuskim serwisie Citroëna za cenę telewizora w Polsce.

Znalazłem fachurę, który zapewniał, że po renowacji szpachli nie będzie więcej jak na grubość gazety. Uwierzyłem na słowo. Po miesiącu (i skrzynce gorzały) Cytryna stanęła na nogi. Efekt — na filmiku poniżej.

Efekt końcowy

Original text
Rate this translation
Your feedback will be used to help improve Google Translate