Czasami, zanim wróciłem do hotelu, jechałem do portowego pubu na piwo i by sprawdzić czy nadal jestem jedynym Polakiem na wyspie. Barmanką była typowa Greczynka — Destina.
Wchodząc do baru wołałem od drzwi:
— Krystyyyna, piwo!
Czasami wieczorem, gdy skończyła barmanić, sadzałem ją za siebie i jechaliśmy pomoczyć kanalizację w termach przy księżycu. Były to chwile na relaks, które zapadły w pamięci ze względu na miejsce i aurę jaka tam panowała.
Święty Marcin i koń
Pamiętam też kościół przy Agorze, gdzie często bywałem po owoce morza i jarzyny. Na jego portyku był namalowany typowy bizantyjski fresk przedstawiający świętego Marcina z żebrakiem. Najbardziej na fresku podobał mi się koń — we wzroku konia widać było zadowolenie... niczym ładnej panienki „po".
Święty Marcin na świętego mi nie pasował — był za młody. Przyzwyczajony byłem do starszych świętych, na których widok żegnano się całując medalik na szyi. Nie siedział dobrze w siodle — możliwe, że ten na ścianie kościoła Marcin nigdy na koniu nie siedział, nie sięgał strzemion.
— A żebrak... wypisz wymaluj uzmysławiał mi mnie w drodze do ziemi obiecanej...
Demoludy się burzą
Zbliżał się koniec czerwca. Siedziałem na Kosie jak na szpilkach, bo dochodziły mnie wiadomości radiowe — miałem tranzystor w mieszalni i radio w hotelu — że demoludy zaczęły się burzyć o upragnioną wolność. Jeszcze nie upadł mur berliński, a w tychże pamiętnych, pełnych entuzjazmu końcowych latach osiemdziesiątych odchodzili z polityki ostatni z wielkich ludzi: Reagan, Thatcher.
Nikt nie zastanawiał się wtedy, co będzie po nich — kto pokieruje światem i przypilnuje, by nie narobiono bałaganu?
Platan Hipokratesa
Któregoś dnia, pojechałem skuterkiem po pracy zobaczyć słynny na cały świat platan Hipokratesa — ojca medycyny, chociaż chory nie byłem. Drzewo jak drzewo, było ogromnie rozgałęzione. Pod nim pub — do którego podreptałem na piwo i zaczerpnąć wiedzy o krzaku od tubylców.

Destina była bardziej interesująca od krzaka. Wiedzą o Hipokratesie mnie zaskoczyła jak na barmankę — opowiedziała mi o historii tej wyspy. Z kolei ja oświecałem ją na tematy mniej jej znane.
Obiecała pokazać więcej tutejszych ciekawostek. Po kilku dniach poczułem ochotę na obietnice Destiny. Wylądowaliśmy w termach. Wspaniałą rzeczą jest moczenie się w tej cieczy — po wyjściu można fruwać, tak lekkim cię czujesz. Trochę śmierdziało, ale co tam.
Pożegnanie pod platanem
Jadę jeszcze pod platan Hipokratesa, gdzie jest pub z moją Afrodytą, by ją pożegnać. Bierzemy — jak zwykle — dwie butelki różowego Imyglikos i jedziemy do Psalidi, by spłukać ciężar trosk nas trapiących. Księżyc nie dopisał, bo małym sierpem tylko odbijał słoneczne światło.
Jadąc z Destiną wiszącą na mych plecach, intuicyjnie czułem, że coś się z nią działo. Jak zawsze wesoła, gotowa do kpin i żartów była... jakby bez krwi, oklapła i nieobecna.
Leżąc na nagrzanym piasku plaży zaczęła mówić tak jak nigdy przedtem. Zawsze traktowałem ją jak druha-koleżankę. Wiedziała i znała moje plany. Zaczęła opowiadać, że jej ojciec ma największą piekarnię na Kosie, największą dyskotekę — Apollon i Marie. Ogromne hotele też należą do niego.
— Zapytałem: dlaczego w takim razie pracujesz w pubie Platani, a nie w biznesie ojca?
— Ojciec pub kupił już dawno — dla mnie, bo chciałam pracować sama na siebie.
— Dlaczego mi o tym opowiadasz?
Przytuliła się do mnie i rozpłakała jak mała dziewczynka z rozbitym kolanem. Żal rozdarł mi serce i ścisnął gardło. Dobrze, że był mrok i nie mogła zobaczyć jak moje łzy kapały w piasek plaży. Zrozumiałem, że kogoś — nie chcąc — krzywdzę. Ale nie po to tu jestem. Mój wybór, moja droga była prosta, bez żadnych zakrętów przecież. Objąłem i przytuliłem ją mocno... mocniej jak ona mnie.
Pożegnanie z rodziną Kostasa
Siedzimy późnym popołudniem przy antałku Retsiny — pod pergolą, którą spawałem. Krzew winogronu pięknie się wspiął na niej i rozrósł dla kogoś, kto pomógł mi w mych planach. Jutro lecę do Aten. Pięknie jest. Zakończyłem etap świńskiej niańki i opiekuna byków.
Kostas ze smutkiem patrzy na mnie, bo wie, że traci sumiennego pracownika. Denis — syn — nadal nie garnie się by pomagać ojcu, bardziej mu leżą Skandynawki, które rwie na kopy jeżdżąc po plażach wożąc je kładem, by wieczorem zajechać Beemą pod hotel i zawieść wyrwaną na dysko.
Szkoda mi Kostasa — nie potrafił ukształtować chłopaka na swoją miarę. Cóż, takie jest życie. Maryja też spogląda na mnie z żalem. Pocieszam wszystkich, że jak obrosnę w pióra w Kanadzie, to ich odwiedzę.
Piękny wieczór, pachniało miodem. Cykady na piniach szalały jazgotem.
Przy pożegnaniu babcia Amonaria pochlipuje, Maryja też. Ucałowałem babcię po rękach. Maryję z dubeltówki. Z Kostasem pożegnam się na lotnisku, na które mnie jutro odwiezie.
Świt na plaży
Nie wiadomo kiedy nastał świt. Samolot miałem o 16:00. Z Kostasem umówiłem się na 14:30. Leżeliśmy na plaży do 13:00. Oboje przedłużaliśmy chwilę rozstania, która musiała nastąpić nieuchronnie.
Miałem w głowie jedno — Kanada. Tam przyjedzie ta moja jedyna miłość — innej nigdy nie szukałem.
Epilog
Destina żyje w San Diego. Prowadzi ekskluzywny butik z ciuchami.
Translate